Jak rozwój baterii zmieni sieci ładowania? Rewolucja może nadejść szybciej, niż myślimy…
Jeszcze kilka lat temu cała elektromobilność przypominała trochę wyścig o największy zasięg.
500 kilometrów? Dobrze. 600 kilometrów? Jeszcze lepiej. 800 kilometrów? Idealnie.
Producenci prześcigali się w liczbach, a media chętnie publikowały kolejne rekordy. Kierowcy zadawali jedno pytanie: „Ile przejedzie na jednym ładowaniu?”.
Tymczasem gdzieś obok tego wyścigu, dojrzewała znacznie ciekawsza historia.
Historia baterii
Bo prawda jest taka, że przyszłość samochodów elektrycznych nie zależy wyłącznie od tego, ile energii uda się upchnąć w akumulatorze. Znacznie ważniejsze może okazać się to, jak szybko będzie można tę energię uzupełnić?
A jeśli obecne kierunki rozwoju technologii się utrzymają, za kilka lat możemy patrzeć na dzisiejsze stacje ładowania, dokładnie tak samo, jak dziś patrzymy na internet sprzed ery światłowodów.
Niby działał. Ale był z zupełnie innej epoki😉.
Przez lata infrastruktura ładowania rozwijała się w odpowiedzi na ograniczenia baterii. To właśnie akumulatory wyznaczały tempo całej branży.
Kiedy samochody elektryczne oferowały 150–250 kilometrów realnego zasięgu, kierowcy potrzebowali coraz większej liczby ładowarek. Gdy pojawiły się baterie pozwalające pokonać 400–500 kilometrów, zaczęto inwestować w szybsze stacje DC. Znacznie mocniejsze.
Dziś na europejskich autostradach coraz częściej spotykamy huby oferujące 350 kW mocy. W Chinach i Stanach Zjednoczonych pojawiają się już projekty przekraczające 500 kW. Wyjątki – to obecne stacje 1-1,5 MW. Tak nawet tak wielkie moce. Nie u nas oczywiście:) I dziś to one są ciekawostką technologiczną i jak to się mówi: Białymi krukami na mapie ładowarek. Oczywiście dziś rzadko które auto (bateria), potrafi przyjąć tak ogromne moce. Takie auta – również są jak białe kruki:)
jednak rozwój baterii może sprawić, że za chwilę nawet takie wartości przestaną robić na kimkolwiek wrażenie.
Spójrzmy na to, co dzieje się obecnie w laboratoriach i fabrykach.
Coraz szybszy rozwój
Tesla rozwija technologię ogniw 4680, choć idzie to dość opornie, to za chwilę możemy mieć technologię suchej anody, jako standard ogólnoświatowy.
Chińskie firmy, takie jak CATL czy BYD, inwestują miliardy dolarów w nowe chemie akumulatorów.
Pojawiają się baterie półstałe (semi-solid state), rozwijane są akumulatory sodowo-jonowe, a na horyzoncie od lat pozostają pełne baterie solid-state, które zdają się być coraz bliżej realnego rynku EV.
Nie wszystkie technologie odniosą sukces. Niektóre prawdopodobnie pozostaną jedynie ciekawostką. Ale kierunek jest jeden.
Szybsze ładowanie.
Niższa degradacja.
Wyższa gęstość energii.
I większa odporność na wysokie moce.
Jeszcze kilka lat temu ładowanie od 10 do 80 procent w 40 minut, było uznawane za bardzo dobry wynik. He, he – dziś już możemy się z tego tylko pośmiać. Mając auta zdolne zejść dużo niżej…
Dzisiaj wiele nowych modeli schodzi poniżej 20 minut.
Chiński Zeekr pokazał rozwiązania przekraczające grubo 500 kW mocy ładowania. Najnowsze platformy rozwijane przez producentów z Chin celują już w okolice 800–1000 kW w kolejnych generacjach infrastruktury.
Brzmi futurystycznie? Być może.
Ale jeszcze dekadę temu futurystyczne wydawało się również ładowanie samochodu mocą 250 kW. Dziś niektóre modele BYD celują w 1500 kW.
Wracając do 250 kW – dziś korzystają z takiej mocy setki tysięcy kierowców. To jednak prowadzi do pewnego paradoksu. Im lepsze będą baterie, tym mniej czasu kierowcy będą spędzać przy ładowarkach. Ale czy to dobrze dla biznesu?
To oznacza, że operatorzy stacji będą musieli całkowicie zmienić sposób myślenia o biznesie.
Dziś sukces stacji ładowania, często zależy od czasu postoju klienta.
Kawa.
Obiad.
Zakupy.
Kilkadziesiąt minut oczekiwania.
Jeżeli za kilka lat (może wcale nie tak długo), ładowanie 400 kilometrów zasięgu będzie trwało 3 do 5 minut, cały ten model zacznie się zmieniać.
Klient przyjedzie.
Podłączy samochód.
Zapłaci.
Odjedzie.
Dokładnie tak, jak dziś tankujemy paliwo.
I właśnie dlatego część obecnych inwestycji może okazać się krótkowzroczna.
Nie dlatego, że ładowarki będą niepotrzebne. Wręcz przeciwnie. Będą potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Zmieni się jednak ich charakter.
Zamiast dużej liczby średnich ładowarek, coraz większą rolę mogą odgrywać potężne huby energetyczne przypominające miniaturowe elektrownie. Już dziś operatorzy coraz częściej inwestują w magazyny energii współpracujące ze stacjami ładowania.
Powód jest prosty.
Sieci energetyczne nie zawsze są gotowe na dostarczenie kilku megawatów mocy w jednym miejscu.
A przecież przyszłe stacje mogą obsługiwać jednocześnie dziesiątki pojazdów, pobierających moce rzędu setek kilowatów każdy.
To już nie jest problem motoryzacyjny. To zaczyna wyglądać, jak problem energetyczny.
I właśnie tutaj pojawia się kolejny element układanki. Coraz lepsze baterie mogą sprawić, że znaczenie ładowania domowego wzrośnie jeszcze bardziej.
Brzmi paradoksalnie? Niekoniecznie.
Jeżeli samochód będzie oferował realne 700–900 kilometrów zasięgu, wielu użytkowników może ładować auto raz na kilka dni lub nawet raz w tygodniu.
Dla takich kierowców własny wallbox stanie się jeszcze wygodniejszym rozwiązaniem niż dziś.
Publiczne stacje pozostaną kluczowe w trasach
Jednak codzienna elektromobilność może coraz mocniej wrócić pod domowe dachy.
Patrząc na branżę od kilkunastu lat, mamy wrażenie, że popełniamy czasem ten sam błąd.
Patrzymy na samochody. A powinniśmy patrzeć na baterie. To one od początku definiowały tempo całej rewolucji. To przez nie auta elektryczne były drogie. To przez nie miały ograniczony zasięg.
I to one dziś zmieniają wszystko
Za dziesięć lat kierowca może nawet nie zastanawiać się, gdzie znajduje się najbliższa ładowarka.
Tak samo jak dziś, większość ludzi nie zastanawia się, gdzie znajduje się najbliższa stacja benzynowa, podczas codziennych dojazdów do pracy.
Gdy technologia dojrzewa, przestaje być tematem rozmów. Po prostu działa. I być może właśnie wtedy elektromobilność osiągnie punkt, w którym stanie się naprawdę powszechna.
Nie wtedy, gdy pojawi się kolejny rekord zasięgu.
Ale wtedy, gdy przestaniemy w ogóle myśleć o ładowaniu. Będziemy po prostu z niego korzystać…

